Squash to jedna z najbardziej dynamicznych i wszechstronnych dyscyplin sportowych. Łączy intensywny wysiłek fizyczny, strategię i świetną zabawę. Nic dziwnego,...
Fez – miasto labiryntów, cudów i cieni
Zanurzyliśmy się w wąskich, wijących się uliczkach Fezu, gdzie każdy krok prowadził ku oszałamiającym arcydziełom mozaik, subtelnie rzeźbionym portalom i misternie zdobionym fontannom, a jednocześnie ku cieniom średniowiecznego świata, w którym czas zdaje się płynąć inaczej, wolniej, ciężej, wypełniony zapachem garbarni, głosem nawołujących handlarzy i nieustanną grą pieniądza, który zdaje się tu być nie tylko środkiem wymiany, lecz fundamentem każdej relacji, niemalże religią samą w sobie.
Pod czujnym okiem Abdula, naszego przewodnika, przemierzaliśmy miasto, w którym mury mają oczy, a mieszkańcy zdają się szeptać historie dawnych dynastii, tajemnych transakcji i splendoru, który splata się z biedą w uścisku niemożliwym do rozdzielenia. Ten sam Abdul, którego imię odbijało się echem w pozdrowieniach mijanych przechodniów, zdawał się być kimś więcej niż zwykłym przewodnikiem — być może strażnikiem dawnych tajemnic, być może człowiekiem, który jeszcze do niedawna nosił mundur, a dziś prowadzi podróżnych w miejsca, gdzie wchodzą tylko ci, którym pozwolono wejść.
„Zgiełk tłumu jest wielki, a droga kręta.” — te słowa z arabskiego przysłowia rozbrzmiewały w naszych myślach, gdy mijaliśmy zatłoczone zaułki i pustoszejące targi, ponieważ przypadło nam zwiedzanie Fezu w piątek — dniu, gdy cisza modlitwy zamyka bramy sklepów, a ulice przyjmują inny rytm, bardziej refleksyjny, bardziej tajemniczy, lecz wciąż podskórnie pulsujący rytmem interesów, które nigdy nie zasypiają.
Weszliśmy do fabryki ceramiki, gdzie dłonie rzemieślników, posłuszne tradycji przekazywanej przez pokolenia, lepiły kształty naczyń, które potem, pokryte błękitnym wzorem, przypominały o nieskończoności marokańskiej sztuki, tak samo pięknej, jak i podporządkowanej brutalnym regułom handlu — tu bowiem nic nie istnieje poza ekonomią, poza ukrytą siecią zależności, poza nieustanną wymianą uprzejmości i gotówki, bez której nie sposób zrobić kroku, nie sposób zobaczyć Fezu takiego, jakim naprawdę jest.


A potem garbarnie — pejzaż tak surrealistyczny, że niemal nierealny, gdzie baseny wypełnione barwnikami zdają się krzyczeć paletą żółci, czerwieni i brązów, gdzie zapach jest ciężki jak samo powietrze, gdzie mężczyźni pracują w ciszy, zanurzeni po kolana w substancjach, których nie chcielibyśmy poznać zbyt dokładnie. To miejsce, w którym tradycja i niewolnicza praca przeplatają się w groteskowym tańcu, a każda wytłoczona skóra ma swoją cenę, swoją historię i swojego właściciela. „Człowiek nie jest niczym innym, jak odbiciem swoich transakcji” — mogłoby tu brzmieć prawo Fezu, bo w tym mieście nikt nie robi nic za darmo, a każda uprzejmość ma swój koszt, czasem ukryty, czasem wypowiedziany głośno i wyraźnie.

I tak, prowadzeni pewnym krokiem przez Abdula, trafialiśmy do sklepów, które nie były zwykłymi sklepami, lecz starannie wyreżyserowanymi scenami w spektaklu turystycznej ekonomii, w których my – podróżnicy z dalekiego świata – graliśmy rolę nieświadomych uczestników, uwikłanych w handel, którego reguł nie mieliśmy szansy negocjować. Ceny, choć podane z uśmiechem i serdecznością, były wyższe niż powinny, a każdy przedmiot, który wzięliśmy do ręki, stawał się narzędziem w teatrze perswazji, gdzie sztuka negocjacji była tylko iluzją, bo w tym świecie wszystkie ścieżki i tak prowadziły do kasy. „Nie pytaj o cenę, jeśli nie jesteś gotów zapłacić” — mógłby głosić niewidzialny napis nad wejściem, bo raz okazane zainteresowanie było jak niewypowiedziane zobowiązanie, przed którym trudno było się wycofać.

Były to sklepy zamknięte na świat zewnętrzny, odcięte od spontanicznego rytmu medyny, wyselekcjonowane dla nas w sposób, który odbierał nam to, co w podróży najcenniejsze — wolność wyboru, możliwość własnych odkryć, prawo do zatrzymania się tam, gdzie chcemy, a nie tam, gdzie ktoś postanowił, że się zatrzymamy. W tych chwilach, wśród lśniących jedwabi, kunsztownie inkrustowanych skrzyń i buteleczek z pachnidłami, nasza podróż traciła swój autentyzm, a my, zamiast odkrywców, stawaliśmy się klientami — mile widzianymi, lecz nie do końca wolnymi.
I choć Fez mienił się kolorami mozaik, a ręce rzemieślników tworzyły cuda, które mogłyby zachwycać, to gdzieś w cieniu tych pięknych przedmiotów czuliśmy, że turysta to tu nie gość, lecz przechodząca moneta, a podróż to nie tylko zachwyt, lecz i subtelna transakcja, w której to nie my pisaliśmy scenariusz. „Każdy ma swój rynek, ale nie każdy zna jego cenę” — mawiają w Maroku, i dopiero teraz, opuszczając ten labirynt handlu, rozumieliśmy, jak głęboka jest to prawda.

Piątek — święty dzień, dzień modlitwy i spokoju, dzień, w którym w murach medres słychać jedynie szept Koranu, a my, chrześcijanie, możemy jedynie stanąć przed bramą, spojrzeć w głąb chłodnych dziedzińców i zrozumieć, że są miejsca, do których nigdy nie wejdziemy, bo granice nie zawsze rysują się na mapach, lecz czasem w sercach i w umysłach ludzi, którzy od pokoleń znają swoje miejsce w hierarchii świata. I tak Fez pozostawił w nas emocje tak różnorodne, jak wzory na marokańskich kaflach — piękno, które zachwyca, ale i osacza, historia, która mówi szeptem, ale nie pozwala o sobie zapomnieć, labirynt uliczek, w których można zgubić nie tylko drogę, ale i złudzenia o tym, że istnieją podróże wolne od ukrytych intencji. „Nie wszystko złoto, co się świeci” — mawia przysłowie, a my, opuszczając Fez, wiedzieliśmy, że nie wszystko piękno jest niewinne, i nie każda podróż pozostawia jedynie czysty zachwyt.
